niedziela, 10 lipca 2016

Nasza czytelnia - "Miłość" Astrid Desbordes, Pauline Martin

Od kiedy przypominam sobie uwielbiałam książki. Nie pamiętam, kiedy nauczyłam się czytać, wiem tylko, że w szkolne mury wkroczyłam czytając już płynnie. Książki zawsze mi towarzyszyły, pochłaniałam wszystko co mi wpadło w ręce. Miałam kilka kart bibliotecznych do różnych bibliotek, a często jeszcze wypożyczałam na konta rodziców, bo na moim już nie było miejsca. Nie przeszkadzało mi zagryzać klasykę światową, jak Balzaca czy Dostojewskiego, miałką literatura młodzieżową. Książki przenosiły mnie w równoległe światy, miejsca, przybliżały inną rzeczywistość. Były pocieszycielkami, inspiracjami, pozwalały snuć marzenia i plany z jeszcze większym rozmachem.
Było dla mnie rzeczą naturalną, że dziecko będzie wychowywało się w otoczeniu książek. Jeszcze niemowlęciu recytowałam Tuwima, czy Brzechwę. Miarowy rytm wypowiadanych przeze mnie słów wyciszał i uspokajał Młodego. Podobnie jak biały szum, czyli hałas włączonego odkurzacza, czy suszarki do włosów. Niestety wraz ze wzrostem autonomii i samoświadomości nasza czytelnicza sielanka się skończyła. Syn po skończeniu roku wściekał się na próby czytania, czy opowiadania. Książki były odrzucane ze złością przy próbach zainteresowania nimi. W lepszym scenariuszu Młody włączał na mnie pełen ignor, w gorszym wyszarpywał książkę i rzucał nią. Teraz wiem, że nic w tym dziwnego. Dziecko nie rozumiało słów, tekst przeze mnie czytany nic dla niego nie znaczył. Nie niósł za sobą żadnych treści. Nie pozwalał odmalowywać bajkowych scenariuszy, bo jak zrozumieć historię przeczytaną w obcym nam języku. Też bym się wściekała, gdyby ktoś z uporem maniaka próbował przekonać mnie, że chińska literatura w oryginale jest piękna.

Wraz z rozwojem komunikacji sytuacja stopniowo się poprawiała. Nadal nie możemy usiąść i przeczytać dowolnej baśni, czy legendy, ale mogę opowiedzieć tę bajkę własnymi słowami na poziomie zrozumiałym dla syna. Nie unikam trudniejszych słów, ale tłumaczę ich znaczenie, nierzadko pokazuję obraz, włączam gest, moduluję głos i wprowadzam element zaskoczenia, aby przykuć i utrzymać uwagę Młodzieży. Obecnie mamy już wieczorny rytuał, przed snem czytamy, gramy w planszówkę lub opowiadam historię tworzoną na poczekaniu. Wybór należy do dziecka. Wiersze wciąż są poza naszym zasięgiem, tekst jest często zbyt abstrakcyjny, aby go przyswoić i na podstawie słów zbudować obraz. Powtarzalny rytm wbrew pozorom bardziej dekoncentruje i odciąga od słów niż pomaga w ich rozumieniu. Wyjątek stanowią krótkie, proste wierszyki, typu "Miś", czy "Dzik", z serii ZOO Jana Brzechwy, czy "Lokomotywa" Tuwima, jak na fana pociągów przystało. Choć przy tym ostatnim ciężko już wytrwać do końca w skupieniu.

Siłą rzeczy lubimy, więc książki na podstawie których możemy wymyślać własne scenariusze, ze szczegółowymi obrazkami, ale narysowane prostą kreską, bez disney'owskich naleciałości. Często jednak są tematy trudne do uchwycenia i pokazania. Jak emocje, tak ważne i skomplikowane w świecie każdego dziecka, a jakże często - i dorosłego ;). Dlatego ze szczerym zachwytem odkryłam piękną pozycję - "Miłość" autorstwa Astrid Desbordes i Pauline Martin, wyd. Entliczek.

Po zakupie, przez tydzień czytaliśmy ją z synem, co wieczór przed zaśnięciem, a nierzadko i w ciągu dnia. Bardzo go wyciszała, uspokajała. Książka porusza ważny temat matczynej miłości i stawia istotne pytania, których Młodzież nie potrafi jeszcze formułować, ale myślę, że intuicyjnie wyczuwa ich istnienie. Miłość co to jest...? Czy mama nas kocha, a jeśli tak to kiedy? Dlaczego nas kocha? Czy jak się złości to też kocha? I wiele innych, trudnych pytań, trafiających w sedno i przywołujących to, o czym - my, dorośli - często sami już zapominamy. Miłość jest codziennie, w prostych gestach, powtarzanych milionowy raz czynnościach, ale i od święta w prezencie od serca. Oczywiście kryje się w uśmiechu i pocałunku, ale znajdziemy ją też schowaną w smutku, gniewie i złości. I ta z daleka, na odległość też jest miłością, nie tylko ta namacalna, blisko, na wyciągnięcie ręki. Książka odpowiada zwięźle, pozostawiając dużo miejsca na indywidualną interpretację, na dodanie i rozwinięcie odpowiedzi własnymi słowami i uzupełnienie jej o doświadczenia i przykłady z naszego życia codziennego. A przy okazji pozwala wyjaśnić kilka przenośni i pobawić się słowami. Rysunki są proste, przejrzyste, przyjazne dla oka. Nie atakują pstrokacizną, ani nie są przesłodzone. Schematyczne, zdecydowane linie, niewielka paleta kolorów, mało tekstu, a mnóstwo możliwych scenariuszy. Tę książkę można czytać na wiele sposobów, a każdy może się różnić od poprzedniego. Można zagłębiać się w detale, nawiązywać dialog z dzieckiem, pytać o jego odczucia, czy doświadczenia. A najlepszą rekomendacją niech będą słowa Młodego po jednej z pierwszych wspólnych lektur:

" Kocham Cię, mamusiu" - po czym przylgnięcie do mnie całym ciałkiem.

Follow my blog with Bloglovin

2 komentarze:

  1. Kupiłam :) . Dzięki za polecenie . Teraz na obrazkach będziemy " pracować " później z synkiem zagłębie się w treść . Z miłą chęcią poczytam o innych propozycjach. Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń