sobota, 30 lipca 2016

Nasze podróże - Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej w Warszawie


Ten wpis otwiera zaplanowany cykl relacji z naszych wycieczek i podróży. Chcę pokazać, że z dzieckiem ze spektrum można wiele rzeczy obejrzeć, że nie musimy zamykać się w domu, a i koszty mogą się okazać bardzo niewielkie. Oczywiście, że wszystko jest warunkowane funkcjonowaniem danego dziecka, jego strachami i lękami, czy zaburzeniami Integracji Sensorycznej. Ale siedząc w domu nie zwiększymy jego zakresu tolerancji i nie pokażemy, że tam za ścianami są naprawdę fajne rzeczy, dla których warto wyjść. Pisze to mama syna, który boi się gołębi i psów, a w mieście te są wszędzie, który ma nadwrażliwość węchową i słuchową, a i wybiórczość pokarmowa nie ułatwia stołowania się poza domem ;).

Dobierajmy też aktywności pod zainteresowania dziecka. Lubi pociągi? Weźmy go na dworzec, do muzeum kolejnictwa czy przejedźmy się zabytkową ciuchcią.  Zakochany w samolotach? Lotnisko z tarasem widokowym lub niedalekie miejsce spotterskie (punkt, gdzie pasjonaci robią zdjęcia lądujących i startujących samolotów, charakteryzujący się bardzo dobrą widocznością). Fascynat gadów? Wystawa tematyczna, zoo lub duży sklep zoologiczny.

Najważniejszą zasadą w naszych podróżach małych i dużych, to dziecko decyduje, co, gdzie, kiedy i jak długo. Syn Idealny ma 100% pewność, że jak powie, że wychodzimy (bo jest za ciemno, za gorąco, brzydko pachnie lub zwyczajnie się znudził lub cokolwiek innego) to w tej sekundzie respektujemy jego słowa. W zależności od okoliczności i nasilenia niechęci, mogę wziąć go na ręce i skierować się najkrótszą drogą do wyjścia, opuszczając nieprzyjemne dla niego warunki (np. pawilon z gadami w zoo ;) ), albo zadać jeszcze pytanie kontrolne, czy na pewno, bo o tam jest jeszcze to i to.

Te wycieczki mają być przyjemnością dla niego, a nie realizowaniem naszych, rodzicielskich planów edukacyjno-terapeutycznych ;). Nie nastawiajmy się na nic, a możemy być miło zaskoczeni, gdy wyprawa okaże się fajną, rodzinną rozrywką, a nie gehenna i walką. Nie zobaczyliśmy wszystkiego na wystawie? Ale zobaczyliśmy coś, a to jest więcej niż nic :). Nie chce wejść do zabytkowego parowozu, bo, np. za ciemno? To obejrzyjmy go dokładnie z zewnątrz. Potrzebuje chwili wyciszenia? Znajdźmy spokojniejsze miejsce z jak najmniejszą ilością bodźców i przycupnijmy tam chwilę. Ten moment możemy wykorzystać na wymienienie się wrażeniami lub też pobycie w ciszy.

I to my, rodzice, nie fiksujmy się na tym czego nie możemy, bo nasze dziecko nie lubi/nie może/boi się. Rozejrzyjmy się dookoła trzeźwym okiem, a okaże się, że wokół jest mnóstwo dzieci histeryzujących, bojących się tego, czy owego, czy niekoniecznie usłuchanych. Nie sądzę, żeby wszystkie te dzieci były zdiagnozowane ze spektrum ;).

Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej w Warszawie, ul Powsińska 13


Wstęp dla wszystkich gości indywidualnych bezpłatny :). Możemy zwiedzać codziennie (pon.-niedz.) między 10, a 18. Bardzo mały parking na zaledwie kilka aut, ale jest rotacja i niewielkie obłożenie, więc przy odrobinie szczęścia, zwłaszcza w godzinach porannych, uda się zaparkować. Całość wystawy zlokalizowana na zewnątrz, także warto wziąć pod uwagę warunki atmosferyczne przy planowaniu wycieczki. Tłumów nie ma, a byliśmy w niedzielne przedpołudnie przy pięknej pogodzie.

Dla małych i większych pasjonatów sprzętu wojskowego, niezależnie od płci, ciekawa opcja. Eksponaty zróżnicowane, ja jako kompletny ignorant w tym temacie mogę stwierdzić, że każdy znajdzie coś interesującego dla siebie. Pojazdy gąsienicowe ( m.in. sporo czołgów), artyleria (armaty, wyrzutnie, rakiety, działka i haubice), imponujące radary i stacje radiolokacyjne,  helikoptery, myśliwce, małe bombowce, wozy opancerzone i wiele innych, których pewnie nawet nie rozpoznałam. Z małym dzieckiem warto. Z tym większym, czyli mężem tym bardziej.







Ważna uwaga, unikajcie w suchy dzień jasnych ubrań, w szczególności białych, czy długich powłóczystych spódnic :). I nie planujcie bezpośrednio po zwiedzaniu obiadu w lepszej restauracji. Powodem jest czarny, miękki pył zalegający grubą warstwą na ścieżkach osadzający się na wszystkim, a już zwłaszcza na nogach. Natomiast dziecku bardzo się podobało, nie wiem czy to nie była dodatkowa atrakcja, szurać i wzburzać tumany kurzu. Wiadomo im więcej brudu tym poziom samozadowolenia w małym organizmie wzrasta wprost proporcjonalnie. A od pewnego punktu mam wrażenie, że już logarytmicznie ;).




A za płotem muzeum, bez konieczności przeparkowywania auta, mały, miejski plac zabaw. Nie wiem czy tak trafiliśmy, ale dzieci na nim odnotowaliśmy całe 3 sztuki, w czasie około godzinnego pobytu.



Dziecko do domu wróciło szczęśliwe, ze znacznie poszerzoną wiedzą i zasobem słownictwa. Ilość pytań, a przede wszystkich ich rodzaj, zdecydowanie przekroczyła moją wartość krytyczną, a to oznacza, że Synowi Idealnemu podobało się bardzo. Piękna pogoda, czas spędzony na dworze w innych okolicznościach przyrody niż piaskownica. Do tego w zasadzie bezkosztowo. A jednocześnie bez dzikich tłumów, ciekawie również dla dorosłych i niekoniecznie typowo. Innymi słowy - Polecamy :).

Follow my blog with Bloglovin

2 komentarze:

  1. My też ostatnio zwiedzalismy i mój po takiej dawce pociągów i autobusów w jeden dzień skakał jakby kilogram cukru zjadł na raz . Jednak miło było patrzeć na radość na buziaku dziecka .
    Bardzo ładne zdjęcia ,chodzi mi o jakość ;) w szczególności ;) .
    Podoba mi się blog . Mój synek funkcjonuje trochę niżej ale podobne przemyślenia na życie z artystą mamy tylko ja tak ładnie tego w słowa ubrać nie umiem . Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, dla radości dziecka warto :). A i dziecko powinno się łatwiej zacząć panować nad emocjami, gdy takie wyjścia staną się miłą i zaplanowaną-nietypową rutyną ;).
      Dziękuję za miłe słowa, pozdrawiamy serdecznie :).

      Usuń