środa, 17 sierpnia 2016

Przedszkole na medal - kryteria wyboru


Wrzesień się zbliża wielkimi krokami, a wraz z nim debiut wielu dzieci w roli przedszkolaków. Wielka zmiana dla całej rodziny. Dla dzieci ze spektrum często przełomowa, i to zdecydowanie na lepsze. Jeżeli tylko przedszkole jest dobre. Bo to przedszkole ma być na medal, a nie przedszkolak ;). W fajnej placówce, każde dziecko się rozwinie i pójdzie do przodu. W kiepskiej i my - dorośli - cofnęlibyśmy się w rozwoju.


Oboje z mężem pracujemy zawodowo. I mieszkamy w dużym mieście, bez bliskich osób w pobliżu, które by służyły pomocną dłonią w kryzysowych sytuacjach. Podobnie jak wiele innych rodzin, polegamy na sobie, co nierzadko wymaga stawania na głowie i alpejskich kombinacji logistycznych. Dlatego wybór placówki był dla nas tak ważny, chcieliśmy by była ona wsparciem, a nie źródłem nowych problemów. Dzisiaj, z perspektywy półtorarocznej współpracy, muszę powiedzieć, że jesteśmy bardzo zadowoleni.

Rodzice dzieci z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego, przynajmniej na razie, sami decydują gdzie poślą malucha. Jest do wyboru przedszkole terapeutyczne, integracyjne i masowe, prywatne i publiczne.  Mieszkając w stolicy czasem odnoszę wrażenie, że placówki wręcz biją się o dzieci ze spektrum, zwłaszcza te lepiej funkcjonujące. W końcu subwencja oświatowa to nieco ponad 50 tys. zł rocznie na dziecko ze spektrum, na zwykłego przedszkolaka bez diagnozy prawie 10-ciokrotnie mniej (dokładnie 9,5 razy mniej). Nie mam jednak wątpliwości, że poza dużymi miastami sytuacja może wyglądać zgoła odmiennie, gdzie wszystko będzie zależało od łutu szczęścia, na kogo trafimy, aniżeli od naszego świadomego wyboru.

Czym się kierowaliśmy przy wyborze przedszkola?



  • Poziomem funkcjonowania dziecka. Wybraliśmy przedszkole integracyjne. U naszego syna była chęć komunikacji, nie miał tylko narzędzia. Miał dobrze rozwinięte naśladownictwo, choć kompletnie nie rozumiał kontekstu, poleceń kierowanych do grup i nie współpracował samodzielnie bez wyraźnego wsparcia nauczyciela. Był nieodpieluchowany. Nie wyrażał emocji, tylko zamykał się w sobie. Początkowo Syn Idealny był w 18-osobowej grupie, gdzie sobie nie radził. Dlatego przenieśliśmy go do mniejszej, początkowo 6-osobowej grupy, która z biegiem czasu rozrosła się do tuzina dzieci. Syn Idealny w toku wdrożonych terapii, przy naszej akceptacji i współpracy ze strony przedszkola rozkwitł i dogonił rówieśników. Teraz jest fajnym, rezolutnym czterolatkiem ze spektrum, a nie zagubionym, nierozumiejącym, przepełnionym frustracjami dzieckiem.
  • Logistyką. O warszawskich korkach krążą niemal legendy. Przynajmniej dopóki, ktoś nie utknie w korkach w Londynie, ale ciii ;). Nie wyobrażam sobie spędzać z małym dzieckiem kilku godzin dziennie na dojazdach. Ono byłoby przemęczone i niewspółpracujące, ja rozdrażniona i nerwowa. Nie zapominajmy, że dziecko w przedszkolu pracuje, niekiedy znacznie ciężej, niż my w biurze. Nie dokładajmy temu małemu organizmowi dodatkowego balastu, jeśli tylko da się tego uniknąć.

  • Współpracą ze strony przedszkola. Dla mnie nie były najistotniejsze dyplomy, ukończone kursy, czy certyfikaty kadry. Dla mnie najważniejsze była chęć nawiązania dialogu z rodzicem, elastyczność i dostosowywanie się do dziecka. Tak by to dziecko było w centrum zainteresowania przedszkola, a nie przedszkole wraz ze swoim terapeutycznym programem było postawione jako wyższy, wszechwiedzący byt. Że jak Montessori to absolutnie żadne zabawki z "Psiego patrolu", jak przedszkole terapeutyczne z terapią behawioralną to tylko warunkowanie i tablice motywacyjne, jak przedszkole katolickie to wykluczone święta dyni, czy książki o czarodziejach, itd. Nie lubię szufladkowania i tworzenia sztucznych podziałów.
  • Formą adaptacji. Tak, by dziecko mogło powoli, we własnym tempie wejść w życie i funkcjonowanie przedszkola. W naszym przypadku przez tydzień zaprowadzałam Syna Idealnego na 3-4 godziny. 
  • Dietą. Ideałem byłaby własna kuchnia w placówce, ale dobry, zdrowy catering w naszych oczach nie skreśla przedszkola. Ważne, żeby były respektowane nasze życzenia, jak np. dieta bezmleczna, by do picia była głównie zwykła woda, a nie soki i słodzone herbaty. By na drugie śniadania nie były podawane wyłącznie słodkie przekąski.

  • Spędzaniem czasu na świeżym powietrzu. Chcieliśmy, aby spacery i wyjście na plac zabaw nie były od święta i tylko przy pięknej bezwietrznej pogodzie, ale na co dzień. A przesłanką do zostania w murach przedszkolnych był tylko ulewny deszcz, czy zamieć śnieżna, a nie przelotna wiosenna mżawka ;).
  • Pracą w wakacje. To już wartość dodana, ale bardzo ułatwiająca nam życie w letnie miesiące.
Nie wymieniłam szerokiego wachlarza zajęć terapeutycznych, zajęć dodatkowych, trzech języków obcych, tenisa, hipoterapii, czy monitoringu. Uważam bowiem, że dziecko musi mieć też czas na zabawę, swobodne spędzanie czasu i bycie dzieckiem. Tak, nawet wtedy gdy wolny czas poświęca na jeżdżenie samochodzikiem przód-tył lub na układanie klocków w rządku. Jedyne, co wykluczyłam to dyrektywne metody terapii. Wychodzę z założenia, że przyjazna i elastyczna kadra z większością narzędzi terapeutycznych zdoła pomóc dziecku. Podczas gdy zachowawczy i ślepo zapatrzeni w słuszność jednej metody terapeuci nie będą chcieli dopasować się do dziecka, tylko będą próbowali dostosowywać dziecko do metody, co moim zdaniem nie doprowadzi do niczego dobrego. 

Myślę, że każdy powinien zrobić listę tego na czym mu najbardziej zależy i uporządkować ją wg hierarchii ważności. Przy czym nie powinniśmy się koncentrować tylko na różnorodności i mnogości terapii, czy też zajęć dodatkowych w przypadku zwykłego przedszkolaka, bo niestety nie zawsze za ilością idzie jakość. No i od pewnego poziomu rozwoju najlepszą terapią i nauką dla dziecka będą zwykłe zajęcia w grupie rówieśniczej, wspólna zabawa i obserwowanie prawidłowych wzorców. Jestem zwolenniczką równania w górę, spektrum zaburzeń to nie wymówka, to cecha, z którą dziecko musi nauczyć się funkcjonować w społeczeństwie, ale też potrafić z niej korzystać. Niech ta poprzeczka będzie ustawiana nieznacznie, ale jednak wyżej. I pamiętajmy, przy wyborze przedszkola nie podpisujemy cyrografu, ostatecznie zawsze możemy zmienić placówkę.


Nasze przedszkole nie powala ilością ani wyborem godzin terapeutycznych (łącznie godzina dziennie zajęć indywidualnych, ale pamiętajmy, że jest to przedszkole integracyjne, a nie terapeutyczne), nie realizujemy w nim WWR (godzin wczesnego wspomagania rozwoju), nie ma własnej kuchni ani monitoringu, na plac zabaw (własny) trzeba się przejść 200m. Ale jest przyjazną, otwartą placówką. Dzieci codziennie są na dworze. Jest zlokalizowane niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Zawsze kiedy jest potrzeba, mogę skontaktować się z wychowawczyniami i terapeutkami syna. Jestem na bieżąco informowana o postępach, problemach, zmianach. Rozumieją potrzeby podopiecznych, bo je znają i poświęcają swój czas z zaangażowaniem. Są drobne zgrzyty, niejasności, czy wątpliwości. Niekiedy to ja muszę podjąć istotne decyzje terapeutyczno-wychowawcze, a niekiedy to przedszkole sugeruje, że może już czas na kolejną nowość. Ważne, ze jest chęć komunikacji i dialog. I uśmiech Syna Idealnego, który jest najlepszym potwierdzeniem słuszności wyboru :).
Follow my blog with Bloglovin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz