wtorek, 27 września 2016

Jak przetrwać podróż z przedszkolakiem i mieć ochotę na więcej?


Dużo jeździmy z Synem Idealnym. Samochodem, pociągami, taksówkami i komunikacją miejską. Za nami kolejna 3-godzinna podróż PKP. Młody nie jest dzieckiem statycznym, niełatwo mu usiedzieć w miejscu. Jego dosłowność w rozumieniu świata, każe nam odpowiednio modulować zachowania w miejscach publicznych. Tak, aby współpasażerowie też mogli we w miarę spokojnych warunkach przebyć podróż. Niestety z dziennymi drzemkami już się pożegnaliśmy, więc nie możemy liczyć na to, że dziecko uśnie w pociągu. Poza tym natłok emocji i nowych wrażeń skutecznie to utrudniałoby. Więc, jak sobie poradzić w podróży, tak abyśmy wyszli bez obłędu w oku, współpasażerowie nie klęli na nas, a dziecko nie skończyło związane i zakneblowane :) ?




Plecak dziecka pakujemy w domu wspólnie. On ma wpływ na jego zawartość. Nawet, jeśli coś mi wydaje się bezsensowne, to dla dziecka może być bardzo istotne. Dopóki gabaryty i ciężar nie wykluczają zabrania tego ze sobą, nie interweniuję. Ostatnia miłość Syna Idealnego - hipopotamy (po wizycie we wrocławskim zoo), więc dorzucamy do plecaka naszą hipciową rodzinkę, a dziecko później w pociągu zaskakuje mnie odgrywając w przedziale scenkę ratowania hipciowej mamy pojazdami ratowniczymi. To co widzicie na zdjęciach to zestaw z ostatniej podróży.

Książki, książki, książki...


Książki to podstawa w naszym przypadku. Z już posiadanej kolekcji wspólnie wybieramy jedną, maksymalnie dwie pozycje. Poza tym przed wyjazdem mam przygotowanych zawsze kilka nowych i nieznanych dziecku lektur, zakupionych oczywiście wcześniej. Wyciągam je dopiero w podróży. Staram się unikać kartonówek, ze względu na ciężar i gabaryty, wybieram małe wydania, zeszytowe, ale za to na interesujący dziecka temat, np. z ulubionymi postaciami (Psi Patrol, Świnka Peppa, Franklin, Stacyjkowo, itd.). Jeżeli już decyduję się na kartonowe książki to muszą one być w jakiś sposób ponadstandardowo atrakcyjne dla dziecka. Na przykład z otwieranymi okienkami (dzieci je uwielbiają), wieloma szczegółami, do tworzenia własnych historii lub takimi do pisania i rozwiązywania.




Na samym dworcu, czy lotnisku, jeżeli czas na to pozwala wstępujemy jeszcze do księgarni, gdzie dziecko może samodzielnie dodatkowo wybrać sobie jedną pozycję. Przy okazji jest okazja do wytłumaczenia, że coś jest za duże, za ciężkie, czy za drogie. I nauka wyboru, czyli syn chce dwie, ale musi wybrać jedną, o czym zawczasu jest uprzedzany. Dla niego jest to już zupełnie zrozumiałe, bo wytłumaczone wielokrotnie, więc nie ma histerii, złości i płaczów. Ostatnio wybrał naukę liczenia na pojazdach z suchościeralnym mazakiem. I niech mi ktoś powie, że dzieci nie lubią się uczyć. One uwielbiają, dopóki my dorośli im tego nie obrzydzimy.

Zeszyty z zadaniami i naklejkami. Syn to bardzo lubi, więc w naszej podróżniczej wyprawce nie może tego zabraknąć. Do tego zestawy kredek, mamy małe podręczne komplety, idealne na podróż.



Zagadki Czu Czu dla 2-3 latków, już dla nas za proste, ale wciąż je lubimy. Syn się dowartościowuje, że odpowiada bezbłędnie, ja puchnę z dumy, bo pamiętam, gdy Młodzież jeszcze 1 rok -1,5 temu miała problem ze zrozumieniem pytań i poleceń z tych zestawów. Poza tym mądrze połączone, nic się nie rozpada po 10 minutach użytkowania, poręczne, na podróż idealne.





Gra



Polecam Dobble Kids. Prosta gra mająca wiele możliwych scenariuszy i zasad rozgrywek, które sami możemy modyfikować w zależności od poziomu rozwoju dziecka lub jego zmęczenia. Każda karta z każdą ma jedno wspólne zwierzątko, kładąc swoją kartę na stosik oczywiście wspólne zwierzę trzeba wskazać. Możemy robić wyścigi kto pierwszy pozbędzie się swoich kart, możemy ćwiczyć naprzemienność, na zmianę kładąc karty. I wiele innych, jak rozłożenie kilku - kilkunastu dookoła jednej umieszczonej centralnie, a następnie zbieramy karty na których znajdziemy wspólne zwierzątko z kartą główną. I wiele innych scenariuszy. Możemy grać całym zestawem lub tylko wybraną liczbą kart. Zalety: ćwiczymy centralną koherencję (wyłapujemy konkretny szczegół z ogółu, dzieci mogą być w tym lepsze od nas), skupienie, naprzemienność, wymowę (polskie nazwy zwierzaków są generalnie trudne: żółw, wąż, owca, "kokrodyl" :) ), poszerzamy zasób słownictwa, itd. Małe metalowe, zamykane pudełko bardzo dobrze sprawdza się w podróży.



Zabawki



Małe, lekkie, wielozadaniowe i przede wszystkim ciche. Nie polecam wszelkich grających, hałasujących czy świecących. Chwila cisza i zadowolenia dziecka nie jest warta zdenerwowania pasażerów i nie ukrywajmy naszego też. Im gęstsza będzie atmosfera wokół nas, tym dziecko będzie bardziej pobudzone i nerwowe - gwarantuję to, przetestowane wielokrotnie. Dziecko może nie zrozumie intencji i pobudek, ale same emocje odbierze bezbłędnie i przy okazji zogniskuje je i zwielokrotni. W naszym przypadku wszelakie pojazdy specjalne zawsze sprawdzają się bardzo dobrze, karetki, straże pożarne, radiowozy, koparki, buldożery, etc. I sprawdźcie w domu, czy jakaś zabawka mimo braku baterii nie jest zbyt głośna, bo może ma napęd, który terkocze. Po godzinie jazdy, będą Wam terkotać od tego dźwięku zęby ;).

Telefon, tablet, laptop

Jako ostatnia deska ratunku pozostaje urządzenie elektroniczne. Bajki, gry i zabawy na ekranie. Kilkakrotnie ratowało to już moje gardło, przed ostateczną kapitulacją. Przy czym ostrzegam, jeżeli wychowacie sobie takiego czytelnika, jak ja, to może się okazać, że na propozycję puszczenia bajki na telefonie usłyszycie zdecydowany sprzeciw, a po moich naleganiach, zupełny brak zainteresowania nimi. Za to wciąż będzie się po Was "skakał". Dopiero po powrocie do wspólnego czytania i opowiadania siądzie obok zainteresowany.



I kilka moich zasad:
  1. Mój stres nakręca nerwowość dziecka, a ono skutecznie podgrzewa atmosferę pobudzenia w środku lokomocji. Więc to JA przede wszystkim muszę zachować spokój.
  2. Tłumaczę, wyjaśniam i odpowiadam. Czyli: nie kop w siedzenie, BO przeszkadzasz Pani siedzącej przed nami i może ją rozboleć głowa od tego.
  3. Nie wymagam siedzenia na miejscu. W przedziale, może wstawać, siedzieć, leżeć, kucać, wisieć głową w dół, spacerować, wyglądać przez okno, pod warunkiem, że nie wspina się po innych pasażerach i nie przeszkadza w ten sposób ludziom obok.
  4. Pozwalam spacerować, idziemy zobaczyć na tył pociągu, zwiedzamy WARS, itd.
  5. W sytuacji konfliktowej, zawsze najpierw ja przepraszam, później rozmawiam i tłumaczę dziecku, najczęściej tak aby osoba poszkodowana też to słyszała. Znacznie poprawia to poziom akceptacji trudnych zachowań, gdy otoczenie widzi, że rodzic reaguje, a nie ucieka, czy udaje, że nie widzi.
  6. Autyzm to nie wymówka, Dziecko ma się dostosować do otoczenia, rzecz jasna na miarę swoich możliwości i przy mojej pomocy, a nie całe otoczenie do niego.
  7. Nie ma głupich pytań, są głupie odpowiedzi. Na najbardziej niewygodne pytanie można odpowiedzieć odpowiednio inteligentnie, wyczerpująco i delikatnie zmienić temat. Pominięcie pytania milczeniem nie zawsze się sprawdzi, bo, np. nasz syn będzie powtarzał pytanie do momentu uzyskania odpowiedzi.

Życzymy samych udanych podróży :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz