wtorek, 11 października 2016

Małe kroki - wielkie zmiany


Większość osób kojarzy terapię z mądrymi sposobami, wielorakimi pomocami dydaktycznymi, szkoleniami, ogromem wiedzy, wieloetapowym i zaplanowanym działaniem. Tak jest, ale tylko częściowo. Próbujemy terapeutyzować dziecko w domu, chwytamy się różnych metod i programów, które są mądrze rozpisane, wymagają niejednokrotnie ogromnego zaangażowania i przemodelowania całego życia rodzinnego. Kiedyś, gdy ktoś mnie pytał, jak pracuję w domu z dzieckiem to nieco zawstydzona odpowiadałam, że syn ma tylko to, co wynosi ze spotkań ze specjalistami. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam.


Tak myślałam, bo nie stosowałam żadnych zasad son-rise (nawet nie wiedziałam, co to jest), bez metody krakowskiej (w domu nie robiliśmy praktycznie żadnych prac stolikowych), nic z usystematyzowanych ćwiczeń z integracji sensorycznej. To jak to możliwe, że syn tak fajnie idzie do przodu, gdy tych terapii na zewnątrz też nie mamy za wiele. Okazało się, że najważniejsze są drobne zmiany, małe dostosowania i zwykłe życie rodzinne. Zgadzam się z tezą, że żaden specjalista nie wypracuje tego, co może osiągnąć z dzieckiem w domu rodzic. Profesjonalny terapeuta na pewno położy podwaliny, będzie skupiał się na najważniejszych sferach i obszarach, ale nikt nie przebywa z dzieckiem tyle co mama, czy tata. I nikt nie zna dziecka tak dobrze, jak jego najbliżsi. Dlatego to my rodzice możemy zmienić najwięcej w funkcjonowaniu dzieci. Pytanie tylko: jak?

Żadne dziecko nie będzie chciało się otworzyć i postarać, gdy będzie się czuło tylko obiektem pracy, nauki i ukierunkowanych oddziaływań. Tym bardziej nie rozumiejąc sensu i czując się jak to gorsze, do naprawienia. Nie mówiąc już o tym, że ma prawo być zwyczajnie zmęczone. Po ciężkiej pracy, jaką wykonuje w przedszkolu, czy szkole. W środowisku mimo wszystko obcym, gdzie bodźce atakują ze zdwojoną siłą, gdzie musi sobie radzić z ludźmi, innymi dziećmi i się uczyć. A co potem? Popołudnia spędza na kolejnych godzinach pracy przy stoliku lub jest wożone na inne zajęcia. A wieczorem na zakończenie dnia jeszcze rodzic siada z nim, żeby odpracować następne punkty z planu ułożonego np. przez specjalistę. Ja się czuję zmęczona, gdy tylko to czytam. Jak myślicie, jak dziecko się czuje, dla którego te wszystkie rzeczy nie przychodzą naturalnie, gdzie musi się skupiać i naprawdę koncentrować na umiejętnościach, których próbujemy go nauczyć?

Pozwólmy dziecku być przede wszystkim dzieckiem. Słuchajmy je. Ze zrozumieniem. Nawiążmy  z nim dialog, niech ono stanie się naszym partnerem i pełnoprawnym członkiem rodziny, którego głos jest ważny i jest brany pod uwagę. Co to oznacza w praktyce?


Miłość i akceptacja

Kochajmy, szanujmy i słuchajmy. Bezwarunkowo. Nie zawsze możemy się przychylić do próśb dziecka, ale zawsze możemy je wysłuchać i poświęcić mu czas. To nie jest autyk, czy autysta. To nie jest aspi. To jest Twój syn/córka, ma imię, zainteresowania i temperament. A przy okazji ma mózg przetwarzający świat nieco inaczej niż większość społeczeństwa, nieco odmiennie reagujący na bodźce. Tak jak osoby leworęczne i praworęczne. Tak jak ścisłowcy i humaniści. Tak są osoby ze spektrum i neurotypowi (w normie rozwojowej). Ale wszyscy jesteśmy ludźmi. A Twoja pociecha jest przede wszystkim dzieckiem. Twoim dzieckiem. Które chce się czuć kochane i akceptowane, które chce czuć Twoje wsparcie i obecność. Także wtedy, gdy ono samo sobie nie radzi ze sobą. Do czego ma prawo, bo jest dzieckiem! I musi się tego nauczyć. Ale o ile szybciej przyswajamy nową wiedzę, gdy nauczyciel zaraża nas pasją, gdy jest nam przyjazny, gdy pokazuje nam piękno danej dziedziny, gdy jest pełen wyrozumiałości i pozwala się uczyć na błędach. Tak podejdźmy do całego życia.

Zabawa

Dzieci uczą się przez zabawę. Bo zabawa angażuje wszystkie sfery poznawcze i zmysły. Dziecko chłonie świat całym sobą. Wzrokiem, słuchem, dotykiem, węchem, położeniem ciała, obserwacją innych...

Bądź nadekspresyjny. Wygłupiaj się, robiąc głupie miny. Wykorzystajcie lustro (nieoceniona pomoc terapeutyczna, m.in. przy rozwijaniu świadomości własnego ciała) i głupkujcie na całego. Tarzajcie się bez sensu w pościeli. Zaproponuj zabawę, która zainteresuje dziecko, zbudujcie zamek, statek, tor wyścigowy. Dziecko ma problem z tworzeniem scenariuszy? To pomóż, nadawaj ton, wprowadzaj nowe elementy. "O rany! Za łóżkiem pływają rekiny!" W parku buszujcie w stertach kolorowych, jesiennych liści, szukajcie wiewiórek lub kasztanów, idźcie nakarmić kaczki. Tak spędzone popołudnie, na luzie, bez spięć, planów terapeutycznych da więcej niż godziny terapii. Jeżeli tylko dziecko będzie widziało, że Ty też się bawisz, a Ty nie będziesz nic oczekiwać, ani planować. Dziecko nie chce iść ścieżką w prawo, to idźcie w lewo, nic Was nie goni, to jest Wasz czas.

Dziecko nie chce wejść samo do piaskownicy, nie chce się bawić z innymi na placu zabaw. Olej zasady i sam wejdź do piaskownicy, przypomnij sobie to przyjemne uczucie przesypywania piachu między palcami. Skoncentruj się na dziecku, pokaż mu, że zabawa jest fajna, wspólnie łaźcie po drabinkach, zjeżdżajcie ze ślizgawki i kręćcie się na karuzeli. Gwarantuję, że inne dzieci będą patrzeć na Was z zazdrością, gdy ich rodzice będą tkwić na okolicznych ławeczkach zapatrzeni w swoje telefony. Ale kto wie, może któreś zechce się przyłączyć do Waszej remizy strażackiej, a Wasze dziecko na to pozwoli...? A po czasie, może nie za pierwszym razem, ale przy dziesiątej czy pięćdziesiątej takiej okazji, będziesz mógł się wycofać i zostawić dzieci tylko w swoim towarzystwie...?



Zaskoczenie

Zaskakuj dziecko. Nieustannie i na wesoło. Dziecko zapętla się na jakimś pytaniu? Odpowiedź od bez sensu. Dziecko po raz enty pyta, "co to?", pokazując na to samo krzesło, a doskonale zna odpowiedź? Odpowiedz: hipopotam, wóz strażacki lub motyl... Dziecko, albo Ciebie poprawi wybijając się przy tym z rytmu, albo zacznie dopytywać nie wiedząc, o co Tobie chodzi. Wykorzystaj to i zacznij tworzyć historie, całkiem możliwe, że dziecko po czasie podchwyci tę zabawę i zaczniecie się przekomarzać, czy stół to hipopotam w fioletowe kropki, czy niebieskie paski ;).

W zabawie zmieniaj scenariusze. W życiu codziennym na talerzu obiadowym połóż pluszaka i zawołaj dziecko na posiłek. Gdy dziecko zwróci Ci uwagę, stwierdź na wesoło, co za mnie za gapa, no pomyliłam się. Albo przy okazji pociągnij temat, pluszaków nie jemy, a dlaczego nie, a może się da zjeść, a co jemy, co lubimy? W słoneczny upalny dzień zaproponuj dziecku wełnianą czapkę do ubrania, niech ma możliwość zareagowania.

Rozmowa

Mów, mów i jeszcze raz mów. Niech żadna wypowiedź dziecka nie pozostanie bez Twojej reakcji. Opowiadaj, tłumacz, pytaj, zachęcaj do zadawania pytań, zaskakuj, wyjaśniaj. Nieustannie. Zwłaszcza na początku reaguj przesadnie, wyraźnie akcentując swoje uczucia i emocje. Nazywaj je. Mijacie płaczącą dziewczynkę, zapytaj swoje dziecko, co według niego jest powodem płaczu?

Jeżeli komunikacja werbalna dopiero się kształtuje, a czytanie bajek jeszcze nie wchodzi w grę to opowiadaj dziecku historie, twórzcie wspólnie bajki. Może na początku bazujące na onomatopejach i żywo przy tym gestykuluj, wyrażaj wiele twarzą i intonacją. "I wtedy auto pojechało brrrruuum, brrrruuum... Łiiiii, zahamowało. Ojej! dziura w drodze!".

To co opisałam wyżej to jedne z tych rzeczy, które robiłam co dziennie, godzina po godzinie, tydzień po tygodniu. Nie myśląc o tym, po prostu w ten sposób podchodziłam do syna, do naszych relacji. Mając przy tym wyrzuty sumienia, że nie ćwiczę przy stoliku kolejnych paradygmatów z met. krakowskiej. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie, że to co robię ma niepomiernie większy sens i znaczenie niż jakiekolwiek przewlekanki, masaże, czy karty pracy. Bo uczy dziecko relacji, komunikacji, samodzielnego myślenia i zwiększa elastyczność.

Dziecko, które nie będzie umiało samodzielnie zawiązać sobie sznurówek, może przejść szczęśliwie przez całe życie w butach na rzepy. Dziecko, które będzie polegało tylko na decyzyjności innych w ważnych dla siebie sprawach i nie będzie potrafiło nawiązywać i utrzymywać relacji (nawet w ograniczonym zakresie), może zapomnieć o samodzielności, a nierzadko i własnym szczęściu.

9 komentarzy:

  1. Ależ to Son rise ;) . Przeczytałam książkę Kaufmana aby dojść do wniosku ze terapia to to co ty powyżej Opisałas . Terapia to życie , życie to terapia tylko zróbmy to tak żeby było fajniej ,zabawniej, bardziej interesująco . Zawsze polecam książki kaufmanów, aby zapoznać się ze schematem rodzica idealnego dla autysty. Kochaj , akceptuj i badz tak fajny aby dziecko chciało z tobą przebywać . Niektórzy taki schemat rodzica mają wyssany z mlekiem matki , niektórzy nie .Dla tych co nie mają polecam zapoznanie się z ideologia Son rise :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie :). Może son-rise, a może rodzicielstwo bliskości, a może elementy HANDLE, a może floortime/DIR (budowania relacji), a może jeszcze parę innych rzeczy... Son-rise jest fajny, bo zmienia spojrzenie na autyzm i swego czasu był przełomowy. ALE jest kilka aspektów i założeń, z którymi się nie zgadzam, lub które mi się kłócą z moim podejściem do syna. Nie mówiąc już o otoczce, która rozwinęła się wokół tej metody, nieodmiennie kojarzącej mi się z sektą ;). Jednak same założenia, w większości, naprawdę fajne, pewnie napiszę więcej na ten temat.

      Usuń
  2. Mam wrazenie, że wśród tysiąca poradników jak zostać dobrym rodzicem, gubimy spontaniczność i własną intuicję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo bym chciała, żeby wszyscy rodzice moich autystycznych podopiecznych mieli takie podejście i doceniali terapeutyczny potencjał w codziennych aktywnościach. Niestety, nie zawsze tak jest, czasem rodzice wypełniają dziecku cały dzień terapeutami,przekonani, że tylko w ten sposób mogą dobrze wykorzystać czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ciepłe słowa. Oczekujemy spektakularnych efektów od razu, ale w rozwoju nie można nic mieć natychmiast, a on przecież przebiega nieustannie, nie tylko na zajęciach terapeutycznych.

      Usuń
  4. Bardzo spodobał mi się wpis.
    Moja dwuletnia córcia ma problem z mową (25 mies i praktycznie nic nie mówi). Okazało się, że wpływ mają jej wcześniejsze długie bezdechy z omdleniami.. Dostałyśmy cały plan zabaw i nauki do domu (poza spotkaniami z logopedą i psychologiem), ale mała w domu nie chce za bardzo ćwiczyć. Ma wiele innych ciekawszych zajęć. Dlatego też nie zmuszam jej do spełniania planu punkt po punkcie.
    Szczególnie że prócz mowy która jej nie wychodzi rozwija się jak rówieśnicy, na psycholog stwierdziła że nawet jest wyżej więc mam ja męczyć/przekreślić z powodu jednej wady jak nasza logopeda ? Nie !
    Super każda mama powinna przeczytać ten wpis :). Myślę ze będę częściej odwiedzać cię tutaj - pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo spodobał mi się wpis.
    Moja dwuletnia córcia ma problem z mową (25 mies i praktycznie nic nie mówi). Okazało się, że wpływ mają jej wcześniejsze długie bezdechy z omdleniami.. Dostałyśmy cały plan zabaw i nauki do domu (poza spotkaniami z logopedą i psychologiem), ale mała w domu nie chce za bardzo ćwiczyć. Ma wiele innych ciekawszych zajęć. Dlatego też nie zmuszam jej do spełniania planu punkt po punkcie.
    Szczególnie że prócz mowy która jej nie wychodzi rozwija się jak rówieśnicy, na psycholog stwierdziła że nawet jest wyżej więc mam ja męczyć/przekreślić z powodu jednej wady jak nasza logopeda ? Nie !
    Super każda mama powinna przeczytać ten wpis :). Myślę ze będę częściej odwiedzać cię tutaj - pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :)
      Też mieliśmy problem, że syn nie chciał realizować zaleceń indywidualnych i pracować ze mną. Więc zamiast zmuszać, wplotłam ćwiczenia do zabawy. Chociażby takie dmuchanie, można monotonnie dmuchać piórko na dłoni, albo zorganizować wyścig piłeczek pingpongowych na podłodze i tor przeszkód dla nich, można wziąć bańki na dwór, albo coś jeszcze innego, możliwości wiele. Można robić najgłupsze miny przed lustrem w zabawie, kto zrobi śmieszniejszą, łącznie z wplataniem aktywności zaleconych przez logopedę. Można naprzemiennie ćwiczyć "rób to co ja", czyli np. najpierw mama wymyśla głupią minę a córka próbuje naśladować, a potem kolej córki na inicjatywę. Opowiadanie różnych historii angażując mięśnie twarzy, czyli taka pantomima, ale ze znacznym udziałem twarzy, itd, wszystko zależy od kreatywności mamy i pomysłowości dziecka :)

      Usuń