środa, 9 listopada 2016

Musisz być silna! Dasz radę! - Nie, nie musisz...


Macierzyństwo jest piękne. Rodzicielstwo jest wspaniałą przygodą. Mobilizuje, uczy i uwrażliwia. Kochamy nasze dzieci ponad życie. Wszystko podporządkowujemy najmłodszym w rodzinie. To uwarunkowania biologiczne, człowieczeństwo i kultura społeczna. Gdy pojawia się problem, wyzwanie, zaburzenia, czy choroba mobilizujemy siły jeszcze bardziej. Już nie dajemy z siebie 200%, tylko 1000%. Nasze własne cele, marzenia i samorealizację odsuwamy na dalszy plan. Świadomie, lub nie. Bo najmłodsze w stadzie bez nas nie przetrwa. Bo taki jest cel świadomego rodzicielstwa. Dopóki się w tym nie zatracimy. Dopóki nie zaczniemy się kręcić w miejscu. Dopóki nie zacznie nas zjadać depresja, brak sił i motywacji. Dopóki nie stracimy z oczu męża, rodziny i własnego szczęścia.


Przychodzi moment załamania, zmęczenia i całkowitej rezygnacji. Po kolejnej nieprzespanej nocy. Po kolejnym wezwaniu na dywanik przez dyrektora placówki w sprawie nieodpowiedniego zachowania dziecka. Po kolejnej życzliwej uwadze przechodnia, gdy dziecko w histerii nie chce wstać z chodnika. Po kolejnych konsultacjach ze specjalistą, bo laktacja nie idzie, bo dziecko nie współpracuje na terapii, bo autostymulacje się nasilają, bo jadłospis znów się zawęził, a dziecko spada w siatkach centylowych, bo syn czy córka nie umie zaakceptować rodzeństwa. Bo nie mamy już pomysłów, jak sobie poradzić we własnym domu. We własnej rodzinie. Jedyne o czym marzymy to zaszyć się gdzieś. Uciec daleko. Bez kontaktu z kimkolwiek. Przespać i przeczekać w nadziei, że obudzimy się z tego koszmaru, jakim zaczyna się okazywać to disneyowsko rozreklamowane rodzicielstwo.

Zwracamy się o pomoc, radę i wskazówki. Co można jeszcze zmienić. O cudowną receptę, która rozjaśni naszą codzienność, albo choć wskaże kierunek, gdzie będzie tliło się jakieś światełko. Co otrzymujemy? Dasz radę! Jesteś silna! Kto jak nie my [matki]! Tyle kobiet daje radę, dasz i Ty! Dziecko to błogosławieństwo! Itd. I zapadamy się w sobie. W swojej niemocy, poczuciu nieudolności i braku kompetencji. No przecież inni dają radę, z trójką, czwórką dzieci, z dzieckiem ciężko niepełnosprawnym, z dzieckiem bez kontaktu. A my nie, z tym jednym potomkiem...


Ok. Bierzemy się w garść, przeorganizowujemy wszystko, inne plany spychamy gdzieś daleko. Co ta starsza córka chce ode mnie, przecież widzi, że nie mogę, bo terapia młodszego, bo oczy na zapałki, bo obiad i zakupy same się nie zrobią. A mąż wiecznie w pracy, nic nie rozumie. Nie odzywamy się już do siebie, co najwyżej wywarkujemy krótkie komunikaty. Jestem sama, ale dam radę! Inni dają. Muszę! Dla dziecka. Wakacje, wypoczynek? Strata czasu i pieniędzy, fundusze trzeba przeznaczyć na turnus rehabilitacyjny lub obóz dla dzieci. Kosmetyczka, fryzjer? Hahaha, za co, kiedy??? Przecież w tej cenie będzie dodatkowa godzina terapii lub kolejne badanie. Nowa sukienka? Po co, i tak nie wychodzę, ale może zamówię w końcu tę niesamowitą pomoc terapeutyczną, nowy laktator, czy polecaną spacerówkę, może z niej dziecko przestanie uciekać. Książka dla siebie? I tak nie mam czasu czytać, wezmę puzzle dla dzieci.

Mija czas, tygodnie i miesiące uciekają. Dziecko rośnie, rozwija się. Jedne problemy znikają, inne się pojawią. Z niemowlęcia high need wyrasta młody człowiek, będący zmorą wychowawczyń w przedszkolu, czy szkole. Tak przynajmniej można wywnioskować z ich skarg i zażaleń. Często pojawiają się jakieś diagnozy: zaburzenia si, adhd, dysleksja, spektrum autyzmu, problemy z koncentracją, alergia, astma, nietolerancje pokarmowe... Starsze/mniej wymagające rodzeństwo już przestało prosić o naszą uwagę. Mąż odszedł lub tak jakby go nie było. Znajomych brak. A my? Nas też już nie ma. Nie ma kobiety, czyjejś przyjaciółki czy koleżanki, nie ma pasjonatki szydełkowania, czy zapalonej ogrodniczki. Nie ma tej ambitnej magistrantki, która nieśmiało myślała o doktoracie. Nie ma zakochanej żony, która lubiła rozmawiać z mężem i wspólnie oglądać seriale. Jest MATKA - opiekunka, nauczycielka, żywicielka, terapeutka, pielęgniarka, organizatorka, księgowa, etc.

Czy można inaczej? Można!


Wróćmy do pierwszego załamania i poczucia bezsilności. Pozwólmy sobie na nie. Nie spychajmy go na bok, jako coś niegodnego i niewartościowego. Przeżyjmy je. Wypłaczmy, wykrzyczmy naszą złość i niezgodę na taką kolej rzeczy. Kto powiedział, że nie mamy prawa do użalania się nad sobą? Kto wartościuje, które powody są godne łez, a które nie? Zawsze się znajdą Ci, którzy mają gorzej, ale to nie może deprecjonować naszego smutku i żalu. Nasze powody są najważniejsza DLA NAS. Każdy z nas jest w innym momencie życia, ma inny bagaż doświadczeń, inaczej przeżywa. Pozwólmy sobie na słabość, płacz i krzyk protestu. Nie uciekajmy od ludzi, tylko porozmawiajmy. Z kimś zaufanym. Nie prośmy o rady, tylko o wysłuchanie. Nie walczmy z mężem tylko wpuśćmy go do naszego świata strachu i obaw, nie tylko o jutro, ale i o dzisiaj. A jeżeli stan nie mija, poszukajmy pomocy. Psychologa, psychiatry, czy nawet sprawdzonego, ciepłego lekarza rodzinnego.

Zróbmy coś dla siebie. tylko dla siebie. Może aktywność fizyczna? Jest wiele grup mam, które organizują się z dziećmi na ćwiczenia w parku. Umówmy się z przyjaciółką na sesję jogi. Może zapiszmy się na wymarzony kurs tańca. Lub poprośmy koleżankę o zrobienie paznokci. Zapiszmy się do fryzjera, czy do kosmetyczki, a może na masaż relaksacyjny? Wyrwijmy moment dla siebie. Ale nie jednorazowo, tylko regularnie zaplanujmy te chwile dla siebie. Nawet jeżeli to zwykła kąpiel w wannie, z ukochaną książką. Czy przygotowanie ulubionego dania, które lubimy tylko my.

Na początku może być trudno. Bo pieniądze, wyrzuty sumienia, czy nawet krzywe spojrzenia męża i kąśliwe uwagi teściowej nie ułatwią. Ale naprawdę, jeżeli nie naładujemy swoich akumulatorów, nie będziemy miały z czego czerpać, by przekazywać rodzinie. SZCZĘŚLIWA MATKA TO SZCZĘŚLIWE DZIECKO - nie ma w tym zdaniu ani odrobiny przekłamania. Dzieci do rozwoju potrzebują przede wszystkim miłości i cierpliwości. Wszystkie dzieci. Miłości nie okupionej męczennictwem. Cierpliwości nie wycedzonej przez zęby i nie wyszarpanej z pełnego napięcia ciała.


Są momenty, gdy kończąc pracę nie wracam od razu do domu. Czasem zostaję dłużej, by przeczytać kilka stron książki, czasem idę na spacer, czasem siadam na ławce w parku, czasem wstępuję do kawiarni. Tak, miewam wyrzuty sumienia, że dziecko, że wyrodna matka, że brak obiadu. Ale robię to dla swojego zdrowia psychicznego. By spędzić z synem aktywne, uśmiechnięte 3 godziny, zamiast 4 wymuszonych. Są dni, kiedy dziecko mogłoby zostać w domu, ale idzie do przedszkola, a ja zostaję w domu. Są momenty, kiedy moją aktywność z dzieckiem ograniczam do zapewnienia podstawowych potrzeb - ubrać, umyć, nakarmić. Są chwile kiedy sadzam dziecko z telefonem, tabletem, czy włączam bajki, i to na dłużej niż przepisowe 20 minut. I nie po to by ugotować obiad, posprzątać, czy popracować, tylko by przeczytać gazetę, przejrzeć Facebook'a i napić się kawy.

Bo jestem człowiekiem. Bo jestem kobietą. Bo jestem żoną, a nie tylko matką. Bo nie jestem robotem. Bo nie jestem ze stali. Bo mam gorsze dni. Bo dbając o siebie, dbam o syna. Bo tak jak kocham swoje dziecko, kocham ŻYCIE. I siebie.

A Ty? Kochasz siebie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz