wtorek, 15 listopada 2016

Problem z KUPĄ cz. 2 - książki oswajające temat


Temat zaliczany do tabu. Odpieluchowanie, nocnik, trening czystości - to tak, tu można nawet się pochwalić. Ale rozmowy o... kupie? No jak to tak. Brzydkie, śmierdzi i zawstydza. A jeszcze dziecko milion razy dziennie pyta: "czy mucha robi kupę?", "a gdzie ten Pan idzie, czy on chce kupę?", "a czy koń robi kupę, a gdzie?", "mamo idziesz do toalety, bo chcesz kupę czy siku?", itd... I to wszędzie, w zoo, w sklepie, w restauracji, na ulicy.  Jeśli jednak tematyka jeszcze Was nie odstraszyła to uprzedzenia odkładamy na bok, zatykamy nosy i zapraszam do lektury, jak radzimy sobie z tymi nietypowymi zainteresowaniami dziecka.

Zasada pierwsza - nic co ludzkie nie jest nam obce

Nie ganię i nie karcę za te, co by nie mówić, bardzo naturalne zainteresowanie. Próbuję podejść do tego tematu tak, jak i do wielu innych. Kupa to ostatecznie końcowy etap pracy naszego układu pokarmowego i wydalniczego, i tak potraktowana może być fajnym wyjściem do rozmowy o jego poszczególnych elementach oraz procesach w nich zachodzących. Zamiast ucinać dyskusje sprowadzam ją na logiczne tory. Bardzo nam w tym pomogła lektura Pernili Stalfelt, " Mała książka o kupie", wyd. Czarna Owca. Nie jest to pozycja, którą możemy wszędzie bezkarnie zabrać i beztrosko oddać się opowieściom by, np. umilić podróż pociągiem, bo jak przypuszczam zgorszenie współtowarzyszy jazdy byłoby niewspółmierne do korzyści. Natomiast w zaciszu domowym nic nie stoi na przeszkodzie, żeby na spokojnie ją analizować pod każdym możliwym kątem. W przystępny i bezpośredni sposób odpowiada na chyba wszystkie możliwe pytania związane z kupą, jakie dziecko mogłoby zadać. Kto robi? Jak jest wykorzystywana (np. nawozy)? Co się z nią dzieje (po spuszczeniu w toalecie)? Jakie ma kształty? Co to jest biegunka, czy zatwardzenie? Czy bąk ma kolor? I wiele, wiele innych. Syn nasz ją bardzo polubił.








Zasada druga - na wesoło, ale z morałem

Tutaj bardzo nam pomogła książeczka "Kupa siku" Stephanie Blake, wyd. Dwie Siostry. Opowiada nieskomplikowaną historię królika, który jedyne słowa jakie mówił to były właśnie tytułowe - "kupa siku". Na wszystkie pytania padała tylko ta jedna odpowiedź. To również usłyszał wilk, gdy zapytał małego króliczka, czy może go zjeść. Po takiej ripoście oczywiście połknął naszego bohatera, ale wieczorem już musiał dzwonić po lekarza z powodu bólu brzucha. Finał jest taki, że króliczek oczywiście zostaje uratowany (wilk też wychodzi bez szwanku), dowiadujemy się przy okazji, że tak naprawdę nasz bohater ma na imię Henio, a nie Kupa-Siku (o czym zapomniał już nawet jego tata), a on zaczyna się komunikować w sposób zrozumiały dla otoczenia. Dopóki, następnego dnia, z jego ust nie padają słowa "Śmierdu pierdu". Książka od miesiąca jest hitem, syn zna cały tekst już niemal na pamięć i lekturze nieprzerwanie towarzyszą salwy śmiechu.





Miłość do tej pozycji była tak wielka, że syn postanowił ją zabrać do przedszkola. Pozwoliłam. Tak jak można się było spodziewać, nie wywołała ona tak żywego entuzjazmu i poklasku, jak się spodziewało dziecko. Dzięki temu syn się przekonał, że pewne rzeczy powinny zostać w domu i nie wszyscy muszą podzielać jego upodobania. Bardzo ważna lekcja życia, kładąca podwaliny do lepszego rozumienia różnych sytuacji społecznych.

Tak, więc...

Unikanie trudnych tematów i ucinanie w zarodku niewygodnych pytań nie zawsze zdaje egzamin. A już prawie nigdy w przypadku dzieci ze spektrum. Według mnie najlepszym rozwiązaniem jest zmierzenie się z problemem i sięgnięcie do jego fundamentów. Dzięki wszechstronnemu przeanalizowaniu tematyki wydalniczej straciła ona swoją moc rażenia i przestała, aż tak bardzo fascynować. I jak się okazało, nawet kupę, można przerobić na coś bardziej wartościowego, wyciągając element edukacyjny, naukę zasad współżycia oraz na jej podstawie wskazać różnice w zainteresowaniach różnych ludzi.

Problem z KUPĄ - czyli o niezręcznych sytuacjach językowo-społecznych cz. 1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz